...I'll fuckin' kill you!
W czasie całych moich kończących się ferii, nie miałam chwili na jeden z tych długich, samotnych, wieczornych spacerów z słuchawkami w uszach i resztą świata w dupie. Całe szczęście, znalazł się idealny powód, aby na taki spacer się wybrać.
Umiem wybaczać. Nie prędko i nie łatwo, ale umiem. Mogłabym nazwać to zaletą. Za to nie potrafię dać drugiej szansy i powtórnie zaufać. O ile kiedykolwiek komukolwiek ufałam...
Ludzie prawie nigdy się nie zmieniają, oni po prostu pokazują nam więcej lub mniej samych siebie. I nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.
Ja, mistrzyni w zdradach i oszczerstwach, podła suka i przede wszystkim głupia pipa, postanowiłam ten jeden raz być fair w związku. Fair w 100%. Opłacało się? Może tak. Miałam czyściutkie sumienie, czułam się szczęśliwa przez ponad miesiąc. Nie przespałam ostatniej nocy, przez kilka ładnych godzin biłam się z myślami, zagryzając wargi do krwi. Wiedziałam, co się szykuje. Instynkt. Puścić chłopaka do klubu po pierwszej dłużej kłótni. Sama nie umiałam się po tym dobrze bawić, wróciłam do domu wcześnie, w podłym nastroju.
Co się stało? Wiadomo.
Zabawne. Właśnie zaczynałam odczuwać, że zaczyna mi na nim bardziej zależeć. Strasznie zależeć... A tu znów dostałam od życia po mordzie.
Wyszłam. Ze łzami w oczach, słuchawkami w uszach, resztą świata w dupie. Nie wiem ile kilometrów pokonałam. Odwiedziłam większość miejsc, w których byłam z nim. W głowie miałam tylko obraz, jak liże się najebany z jakąś wytapetowaną blondi. Liże? Na 100% poszedł z nią do łóżka.
Chwilę później przypomniałam sobie wszystkie nasze wspólne plany, wspólne miejsca, wspólne chwile... nie żałowałam niczego, poza ostatnią kłótnią. Nie było warto psuć sobie wieczoru.
Ze złością kopałam leżące na ulicy małe, czarne obiekty. Patrzyłam jak uciekają gdzieś daleko w bok, tam gdzie nie chce mi się iść, aby kopnąć je po raz kolejny. Zniechęciłam się, kiedy jeden z nich okazał się być zamarzniętą psią kupą. Tak więc zaczęłam kopać niewielkie grudki śniegu.
Mijałam pary, trzymające się za ręce. Zastanawiałam się kto kogo zdradza, o co się kłócą i kiedy się wreszcie rozstaną.
Dotarłam do domu z osuszonymi już łzami. Pojęcia nie mam, co będzie dalej. Czuję raczej pustkę i smutek. I mały płomyczek nadziei. Prawdopodobnie będę wolna przez najbliższy tydzień. Miesiąc...? Może jeszcze dłużej? Nie przywykłam do tego. Przynajmniej tym razem nikt znów nie zarzuci mi, że skaczę z kwiatka na kwiatek.
sobota, 27 lutego 2010
And if you ever hurt me...
Autor: Messy o 11:20
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
I love you.
Mam nadzieję,
że u CIebie już wiosna.
I radośniej
Ależ bunt
Prześlij komentarz