Zerwana z łóżka punktualnie o 9. Tą samą piosenką, co zwykle. Start Trouble - 'Let's get fucked up'. Już po pierwszych nutach, chociaż pół przytomna, wyczułam, że to właśnie ten moment. Czas wstać.
Niecałą godzinę później, stoję niemalże zwarta i gotowa do wyjścia. Dopijam jedynie poranną czarną herbatę (w przeciwnym razie świat nie jest w stanie prawidłowo funkcjonować). Rzucam okiem na telefon. Nieodczytana wiadomość. 'Akrobatyki dzisiaj nie ma, bo ten facet na jakieś szczepienia pojechał (?). Za to jest w czwartek na 12.15'. W takich momentach, ręce nie za bardzo wiedzą, co robić, więc po prostu opadają. Wolne przedpołudnie, a może nawet i popołudnie...? Dawno nie miałam tyle wolnego czasu do zagospodarowania, a przecież nie chcę, żeby dopadła mnie znana zimowo-feriowa nuda.
Wczoraj wpadłam do Empika (właściwie 'wpadłam' to trochę zbyt lekkie słowo, gdyż spędziłam tam co najmniej godzinę), skoro już wybrałam się do Manufaktury. Miałam zamiar spędzić trochę czasu w muzeum sztuki nowoczesnej, ale jak na złość... zamknięte. Wcześniej postanowiłam pobuszować po Empiku w poszukiwaniu książek na temat buddyzmu, urodzinowego prezentu dla ojca i kilku płyt Garbage. Zatrzymałam się jednak w tym samym miejscu, co zwykle. Decoupage, rysowanie, biżuteria, artykuły papiernicze, scrapbooking. Oparłam się pokusie i nie kupiłam kolejnych kilku kostek modeliny, bo ostatnio jakoś weny nie mam. No i wszystkie moje modelinowe 'dzieła' powoli przestają mieścić się w skrzyneczce, którą na nie przeznaczyłam. Koraliki z trudem ominełam szerokim łukiem. Kuszą tymi wszystkimi kolorami, ale nie chcę brać się za kolejne hobby, cholerne pożeracze czasu. Nawiasem mówiąc, i tak ostatnio wróciłam do robienia na drutach i wyplatania meksykanek z muliny. Nie miałam potrzeby kupowania ołowków, w końcu zrobiłam to już w zeszłym tygodniu. B8, H4 i HB. Małe cudeńka. Jak zwykle musiałam trochę pogapić się na farby akrylowe i zestawy do malowania porcelany. Obecnie nie za bardzo mnie na to wszystko stać i nie jestem do tego w 100% przekonana, ale może warto kiedyś zainwestować.
Od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym całym decoupage'm. Strasznie popularne się to zrobiło. Za każdym razem, kiedy jestem w Empiku przyglądam się tym wszystkim klejom do serwetek, płynom do spękań, lakierom. Fajna sprawa, ale chyba trochę to wszystko zbyt skomplikowane jak na mój mały móżdżek.
Ostatecznie postanowiłam kupić niewielkich rozmiarów płótno. 13 x 18. W końcu czas wykorzystać moje śliczne faby temperowe, prezent urodzinowy sprzed roku. Czyste, białe płótno wzbudza we mnie mieszane uczucia. Nigdy nie wiem, co za jakiś czas na nim zagości.
Nie jestem oswojona z farbami. Nigdy nie były mi tak bliskie jak ołówki, kredki czy nawet pastele. Tych kilka wolnych godzin spadło mi z nieba. Nie dość, że mogłam książkę poczytać (Kim Edwards - 'Córka opiekuna wspomnień'), ogarnąć syf w pokoju, to i jeszcze zapełniłam bezkresną biel płótna.
Moje 'dzieło' nie wygląda ani realistycznie, ani bajkowo. Jest po prostu typowo w moim stylu. A jest to paw (nie, nie wymiociny, tylko takie zwierzątko z kolorowym ogonem). Jak dobrze pójdzie, zawiśnie w przedpokoju, gdzie pasuje kolorystycznie... wmiesza się w otoczenie i wszystkie jego niedoskonałości nie będą aż tak waliły po oczach.
Spełniłam jedno ze swoich licznych marzeń. Zakupiłam węgiel do rysowania. I nie zawaham się go użyć.
wtorek, 23 lutego 2010
My lover's box.
Autor: Messy o 05:30
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarze:
Ja uwielbiam wypady do Empika :) Najczęściej wychodzę z niego obładowana ołówkami, badź innymi przyborami niezbednymi do rysowania portretów.
Z farbami nigdy nie potrafiłam się obchodzć, niestety.
Może pokażesz nam swój obraz? :)
Pozdrawiam!
Prześlij komentarz