Od czasu mojego ostatniego posta nic się nie zmieniło. Jest tylko gorzej. Dużo gorzej. Krzyczę, płaczę, robię awantury, czuję, jak wszystko jebie mi się wprost na łeb. Dusi mnie powietrze. Mdli mnie. Serce gna niewiadomo dokąd. Jakbym nie umiała żyć.
Chcę zniknąć. Nie jestem już sobą.
Od dłuższego czasu myślę nad śmiercią.
I nadal nie jestem pewna, czy tego chcę.
Płonie we mnie jeszcze ta iskierka nadziei, pozostają szczątki odruchu życia. Odruch życia, hah. Coś, co jest wpisane w nas wszystkich. Możemy planować samobójstwo, a kiedy zakrztusimy się przy ostatniej wieczerzy z rodziną, i tak będziemy walczyć o powietrze. Ja powoli przestaję walczyć o oddech.
Kocham Was wszystkich...
piątek, 6 listopada 2009
Fifteen.
Autor: Messy o 13:49
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarze:
Chyba naprawdę jest Ci potrzebna pomoc specjalisty, bo to, co piszesz jest, co najmniej, niepokojące. I nie mówię tego złośliwie. Pomyśl nad tym.
Prześlij komentarz