
Koncert Hey w łódzkim klubie Dekompresja.
Dekompresja. No właśnie. Zazwyczaj chodzę na koncerty do Wytwórni lub Fanabrii2. A tu suprajs i trzeba jechać na Teofilów.
Na dworze zimno jak diabli, wszędzie dzikie kłęby mgły, na ulicach ruch, w uszach brzmiące nuty płyty 'Echosystem'.
Już po wyjściu z samochodu wyczułam to charakterystyczne 'coś', co dało mi do zrozumienia, że jestem na Teofilowie. Boję się tej dzielnicy. Tam jest zupełnie inaczej niż na Widzewie. Każdemu człowiekowi, którego mijałam przyglądałam się uważnie, jakby mógł być potencjalnym mordercą. W każdym razie... nieważne. Po prostu jestem przewrażliwiona.
Już przed klubem moje oczy uderzył napis na budynku. 'California Uber Alles'. Tak, tak! Są na tym świecie jeszcze ludzie, którzy słuchają Dead Kennedys. Dalej spostrzegłam plakaty innych zespołów bliskich mojemu sercu. T.Love, Happysad, Strachy na Lachy, Lipali. Przed wejściem kłębiło się wielu ludzi w każdym przedziale wiekowym. Trochę gimnazjalistów, raczej młodszych ode mnie, pokaźna grupa licealistów i studentów, sporo ludzi w wieku moich rodziców. Na dodatek pojedynczej jednostki z dupy wzięte. Tlenione blondynki w swoich skąpych kurteczkach, kolesie w garniturach, skejci, początkujące bizneswoman, na oko pracoholiczki. Kiedy lekko przerażona wielkością tłumu, przepychałam się z tzw. 'szatni' na salę, usłyszałam za sobą komentarz jakiegoś chłopaka 'ale ta laska niziutka!' (mam całe 161 cm wzrostu i czuję się z tym... niska). Z trudem dotarłam na miejsce. Stanęłam mniej więcej w odległości 6 metrów od barierki. Wokół mnie stało sporo ludzi z jednorazowymi kubkami wypełnionymi browarem. Wszędzie unosił się zapach fajek. Uroki koncertów. Nie musiałam długo czekać na suppotujący zespół. Nie zapamiętałam ich nazwy, jak zwykle z resztą (jedyny support, który zapamiętałam kiedykolwiek to Muzyka Końca Lata. Tak mi ten zespół w pamięci został! Świetni byli). Wokalista wizualnie bardzo mi kogoś przypominał. A wokalnie tym bardziej. Brzmiał jak połączenie Bono z Arturem Rojkiem i... Bjork. Tak, z przewagą Bjork. Wszystkie ich utwory jakoś tak dziwnie i monotonnie łączyły się w jeden. Zagrali z 5 kawałków (tak szacuję) i zniknęli, pozostawiając publice temat do rozmów. Ja z kolei zaczęłam rozglądać się, kto charakterystyczny stoi koło mnie. Dwie kobiety po dwudziewstce, z czego jedna do złudzenia przypominała moją nauczycielkę od historii. Spora grupka starych znajomych, zawzięcie dyskutujących o muzyce (widać, że starzy bywalcy na koncertach). Młode małżeństwo... chociaż... wcale nie takie znów młode. Facet w skórzanej kurtce i kobieta - drobna brunetka, która cały czas na coś narzekała (strasznie tu gorąco, chce mi się pić. I och! Patrz no, facet ustawił się idealnie przede mną, nic nie widzę!). Maruderom mówimy stanowsczo: NIE! Grupka gimnazjalistów, na tle której wyróżniała się dziewczyna paląca się do tańczenia pogo, wywijająca głową przy każdej możliwej okazji (irytująca do granic możliwości) i wysoki blondyn, którego w trakcie koncertu starałam się unikać, ze strachu, że na moją stopę może nadepnąć 190 cm żywej masy, a ja akurat nie mam na sobie glanów. Ostatnim elementem charakterystycznym całej tej scenerii była długowłosa brunetka, na oko po 30-stce, tańcząca z miną zapalonej striptizerki. Patrzyłam na nią i głowiłam się, co tacy ludzi jak ona w ogóle tu robią.
Koło 21 (czyli godzinę po czasie) na scenę wszedł zespół Hey, nieco później pojawiła się Kasia Nosowska. Odegrali po kolei wszystkie utwory z nowej płyty, piekielnie zestresowani, no bo w końcu drugi raz na scenie po dwuletniej przerwie. Po każdej piosence Kasia mówiła 'dziękuję'. Zobaczyłam ją taką, jaką zawsze sobie wyobrażałam. Spokojną, pokorną, nieco zagubioną, stojącą na baczność przy każdym utworze, z tą charakterystyczną miną z cyklu 'zaraz się rozpłaczę'. Uwielbiam ją po prostu! Po nowej płycie nadszedł czas na wybrane starsze kawałki. Między innymi 'Muka!', 'Teksański', 'Cudzoziemka w raju kobiet', 'w imieniu dam', a na sam koniec 'Luli Lali'. Wszystkie piosenki w świetnej, bajeranckiej aranżacji. Wiecie, światła, obrazy, lasery i te sprawy. Wychodząc z sali, wszyscy dostali błogosławieństwo od Kasi w stylu 'bezpiecznie wracajcie do domu, niech wasze życzenia się spełniają i od dnia dzisiejszego wszystko idzie wam lepiej i tak jak sobie to zaplanujecie'. Wydostanie się z Dekompresji zajęło mi ładne 40 minut wypełnione bluzgami wszelakiej maści. Kocham ludzi, dopóki nie mam z nimi do czynienia.
W domu byłam po 24, przesiąknięta zapachem fajek, na dodatek z młotem pneumatycznym w głowie. Zawsze kochałam koncerty.
Niedługo w Dekompresji zagra Happysad. Ktoś się pisze? ;)
poniedziałek, 16 listopada 2009
miłośćuwagaratunkupomocy!
Autor: Messy o 05:39
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz